milczenie cenzura

Słowo „cenzura” większości z nas kojarzy się z czasami komunistycznymi i uskutecznianym przez ponad pół wieku przez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk procesem weryfikacji wszelkich materiałów mających wyjść do publicznego obiegu. Kiedy wraz z początkiem lat ’90 urzędy cenzorskie zostały zlikwidowane nastała w Polsce cechująca wszystkie demokratyczne kraje (przynajmniej na pozór) wolność słowa. Nie oznacza to jednak, że zniknęła cenzura. Nic podobnego!

Jeśli pod pojęciem cenzury rozumiemy kontrolę wszelkich publikacji i zachowań lub ich weryfikację tuż przed wejściem w życie to jasnym staje się, że tak rozumiana cenzura trwa w Polsce nadal. Co więcej, mimo upływu ponad dwóch dekad od upadku systemu komunistycznego w naszym kraju termin ten zdaje się być wciąż głęboko zakorzeniony w ludzkiej mentalności.

Jaka cenzura?

Oczywiście nie mam na myśli cenzury w sensie specjalnych rozporządzeń kontrolujących przepływ informacji na linii mass media – odbiorcy. Dzięki Bogu nie funkcjonują już urzędy z szeregami dociekliwych i wścibskich cenzorów na usługach władzy, którzy każdą publikację radiową, telewizyjną czy prasową (dziś zapewne mieliby nie lada problem z kontrolą treści w internecie) badają pod kątem zgodności ideologią marksistowską.

Cenzura czy autocenzura?

Istnieje natomiast, o czym z całą pewnością możemy orzec, autocenzura, którą każdy, nawet najbardziej wolny od nacisków dziennikarz stosuje. Choć nie jest ona tak niebezpieczna jak działanie GUKPPiW to z pewnością jest to temat warty uwagi. Jeśli natomiast ktoś uważa autocenzurę za wymysł XXI wieku niech się zastanowi ile razy sam rozważał przed wypowiedzeniem jakichkolwiek słów nad tym jaką wywołają one reakcję i czy warto ryzykować nadszarpnięciem swojej pozycji mówiąc coś niezgodnego z obowiązującymi stereotypami, obyczajami czy zasadami.

Aby zobaczyć skutki działania dzisiejszej cenzury wystarczy włączyć wieczorne bloki informacyjne nadawane przez trzy największe stacje telewizyjne i porównać treści przekazywane, a przede wszystkim sposób ich przekazywania ze sobą. To co jedna stacja poda jako news dnia, inna ogłosi tuż przed końcem audycji lub całkowicie pominie. Wydarzenie, które przez jedna redakcję zostanie wychwalone pod niebiosa, inna uzna za bezczeszczenie pojęcia racji stanu i tak dalej…

Skoro jednak nie istnieje cenzura jako twór fizyczny skąd te rozbieżności pomiędzy zawartościami wszelkich tygodników czy gazet? Skąd ta jednomyślność wewnątrz redakcji? To proste. Wystarczy aby właściciel danego medium, mający określone poglądy polityczne zatrudnił na stanowisko redaktora naczelnego osobę, której poglądy są zbieżne z jego własnymi i powierzył mu zadanie skompletowania redakcji. Światopogląd każdego z wybranych redaktorów zgadzać się będzie z linią narzuconą przez właściciela i kontynuowaną przez naczelnego. Ot, prosty i zabieg i żadne niechciane opinie w tym medium mieć miejsca nie będą. Bez urzędu cenzorskiego. Bez cenzorów.  Za to pod szyldem demokracji i wolności słowa.

Autocenzura choć jest zjawiskiem bardzo niewygodnym, zarówno z punktu widzenia redaktorów jak i odbiorców to jest też rzeczą naturalną, której wyzbyć się nie sposób. Dlatego ważne jest aby na rynku znalazło się miejsce dla kilku mediów, prezentujących często odmienne poglądy na te same sprawy. Tak aby czytelnik mógł, zapoznawszy się z różnymi opiniami, wyciągnąć wnioski i zbudować własne zdanie na dany temat.

Tylko wtedy bowiem możemy mówić o prawdziwej wolności słowa, kiedy widz tudzież czytelnik ma równe szanse dostępu do różnych opinii. Nie istnieje przecież jedna słuszna racja, która niczym w Dniu Świra Marka Koterskiego jest „Mojsza niż Twojsza, a nawet najmojsza.”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *